piątek, 24 marca 2017

Power Rangers (2017 r.) - recenzja filmu

Power Rangers
USA – 2017 r.
Reżyseria: Dean Israelite



Jako że moje dzieciństwo  w dużej mierze przypadło na lata dziewięćdziesiąte, to i Power Rangers znalazły się wśród dzieł, które odcisnęły swoje piętno na mojej przygodzie z popkulturą. Z dzisiejszej perspektywy gołym okiem widać słabość serialu, który śmiało może kandydować do miana definicji schematyzmu i tandeciarstwa, ale mimo tych wad zawierał elementy dające frajdę szczerą (kiedyś) i guilty-pleaseure’ową (dzisiaj). Niestety broniący życia na Ziemi wojownicy mocy Anno Domini 2017 są porażką na całej linii. Krytycy film pewnie zmiażdżą, starsi widzowie się zanudzą, a target, czyli młoda widownia raczej nie otrzymała powodów, aby kolorowi karatecy i jeźdźcy Zordów zastąpili ich ulubionych bohaterów. Wszelacy Avengersi, Defendersi, Transformersi, czy członkowie Ligi Sprawiedliwości nie powinni czuć się zagrożeni. Detronizacja w umysłach ludzi im nie grozi.

Nasi bohaterowie to grupka nastolatków z problemami. Z pozoru buntownicy poszukujący mocnych wrażeń, nastręczający problemów rodzicom, nauczycielom i wymiarowi sprawiedliwości. Żaden rodzic nie chciałby, aby jego pociecha obracała się w ich towarzystwie, lecz to im przyjdzie zaszczyt bronić ludzkości przed kosmicznym zagrożeniem. A to dlatego, że to skomplikowane, lecz wrażliwe istoty, które w głębi mierzą się z własnymi koszmarami, a ich zachowanie to pewna reakcja na, a to opiekę nad chorą matką, orientację seksualną, izolację i brak przyjaciół, traumę po śmierci połączoną z autyzmem, niezrozumienie przez zaborczych i planujących dzieciom karierę rodziców. Okazuje się, że łączy ich też wspólne miejsce nocnych przechadzek i branie świecących kamieni do ręki. Dzięki tym drugim nabierają nadzwyczajnych sił fizycznych, co umożliwia im odkrycie ukrytego statku kosmicznego i poznanie prawdy o swoim przeznaczeniu.

Fabuła to powrót do przeszłości. Nie tylko dlatego, ze inspiracje wskazują na filmy młodzieżowe z lat osiemdziesiątych (nieprzypadkowo na chwilę wkrada się remix Stand by Me) i licealne dramaty Johna Hughesa (tu głównie Klub winowajców), ale przez to, że jest banalnym, podręcznikowym przykładem origin story. Znajdujący się na statku robot Alpha 5 zdradza, że czekał na nowych wojowników przez 65 milionów lat. Cóż, oglądając film podobne wrażenie ma się w przypadku scenarzysty, który może nie był uśpiony przez ten sam okres, ale powiedzmy słodko drzemał ostatnie kilkanaście lat z małą pobudką na Avengers i pożyczeniem pewnego pomysłu fabularnego. Mamy więc wszystko do bólu klasycznie zaczynając od genezy wojny Zordona z Ritą, przez ekspozycję piątki bohaterów oraz nieznośnie długie formowanie się ducha zespołu i stawania się „Power Rangerem”.  Bo film Deana Israelite’a to klasyczna historia przemiany, przyjaźni i dojrzewania nastolatków. Niestety cały ten czas to kilkukrotne ziewanie, chowanie głowy w dłoniach z powodu sztywnych dialogów, kolejnych wirujących wokół bohaterów kamer i kończąca się cierpliwość w oczekiwaniu na walkę. Krecią robotę wykonuje tu decyzja o całkowitym odcięciu się od kampowych elementów serialu i postawieniu na produkcję full-serio (i to taką nawet bardziej niż Batman v Superman), której nie potrafią rozluźnić z rzadka pojawiające się popkulturalne nawiązania(i to chyba pierwszy przypadek, gdzie takowe nie bawią).

Po długim oczekiwaniu nadchodzi więc bitwa i rozczarowuje. Nie tylko dlatego, że w stosunku do reszty filmu, ta część wydaje się być bardzo krótka. Przede wszystkim jest nudno. Walka wręcz z pożyczonymi z planu Legionu samobójców Kitowcami trwa chwilę i brak tu efektownych ciosów kung-fu, więc wojownicy chyżo wskakują do Zordów i zaczyna się strzelanie z laserka czy wskakiwanie na Goldara. Realizacja jest chaotyczna, inscenizacja kuleje, a następujące po sobie etapy to sztampa z obowiązkowym powrotem zza światów antagonisty i protagonistów. O kreatywności filmu niech świadczy użyta w produkcji muzyka, która składa się głównie ze znanych hitów, w których usłyszeć można słówko Power.

W przyjemnym spędzeniu czasu nie pomogą specjalnie aktorzy, którzy wyglądają i grają, jak drugoligowy szrot od Disneya. Sobowtóry Efrona, Seleny Gomez Vanessy Hudgens dostają od scenarzystów postaci sympatyczne i „do polubienia”, lecz mają mało ikry aktorskiej i przez mdłe kreacje nie są w stanie nic w widzach wykrzesać i zainteresować nas swoimi postaciami. Najbardziej w pamięć zapada więc groteskowa wersja autystycznego nerda, który energii dostarcza za całą piątkę. Zawód przynosi również gwiazdorski drugi plan. Bryan Cranston przez chwilę turla się po ziemi w ciele wyrośniętego Golluma, by potem śmigać twarzą po ścianie, powiedzieć kilka zdań lub tępo patrzeć na zajętych rozmową nastolatków. Jego nieufny i rozgoryczony Zordon jest i tak ciekawszy niż przeciwniczka bohaterów. Elizabeth Banks nie ma za dużo do grania, gdyż jej postać została przedstawiona, jako „czyste zło”. I taka jest. Głównie krzyczy, wydaje rozkazy, a charakteryzacja i strój  nadają jej ciekawy wizerunek seksownej-ohydy. Największym nieporozumieniem wydaje się być pomysł na realizowanie scen z Ritą Repulsą w estetyce kina grozy, która wyskakując niż tego niż owego pasowała do filmu jak garbaty do ściany.

Power Rangers do kina nie wnosi praktycznie nic i stworzone zostało z myślą o widowni urodzonej w XXI wieku. Chwilę zastanawiałem się, co interesującego i nowego oferowane jest dla tej grupy wiekowej w filmie i chyba nic poza samą ideą młodych superbohaterów, z którymi jako tako można się zidentyfikować. Całą resztę widzieli już w innych produkcjach. Nie da się więc określić Power Rangers inaczej jak rozczarowaniem na całej linii. Niestety zamiast krzyknąć z całych sił hasło przewodnie Go Go Power Rangers, to jedynym, co ciśnie się na usta to cytat z klasyka: „Nie idźcie tą drogą”.

OCENA FILMU (1-5): 1,5


P.S

Dodatkowo zniesmaczony jestem faktem, że z filmu wyrugowano zegarek Power Rangers z jego kultowym dźwiękiem. Bo o wyglądzie kitowców i braku ich klasycznego odgłosu, czy użyciu melodii "Go Go Power Rangers" już nie mam siły pisać. Bo to też pewnie tekst na inną okazję :)




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...