WHIPLASH
USA, 2014 r.
Reżyseria: Damien Chazelle
Film „Whiplash” miałem na oku już od stycznia
2014 r., kiedy to wygrał Festiwal Filmowy Sundance. A jeśli wygrywasz właśnie
tam, to twórcy mogą być już na 99% pewnym nominacji do Oscara, jako
przedstawiciel amerykańskiego kina niezależnego. Po roku czekania udało się mi
go w końcu obejrzeć i nie zawiodłem się. Pisząc wstępne notatki zauważyłem
sporo odniesień do religii i wiary. Mam nadzieję, że tekst w takiej konwencji nie będzie nadużyciem oraz
niczyje uczucia nie zostaną urażone(trzeba się ubezpieczać w takich czasach jak
nasze).
O fanatyzmie
Grupa muzyczna Fletchera(Simmons) jest niczym
elitarna sekta. Poprzez uczestnictwo w „obrzędach” uczniowie liczą na
osiągnięcie muzycznego zbawienia. Fletcher to prorok Boga-Jazzu, który oczekuje
ponownego przyjścia Mesjasza Jazzu. Nie czeka jednak bezczynnie, tylko stara
się go wyzwolić w swoich podopiecznych. Jego metodą kaznodziejską jest terror. Źle
odczytujesz święte pisma w postaci nut to czeka cię zastraszanie fizycznie oraz
psychiczne. Nie ma kompromisów. Są dogmaty. Szarlatan robi to wszystko ku większemu celowi. Chce wyzwolić
maksimum umiejętności muzycznych wśród swoich owieczek, by uzyskać perfekcyjną muzykę.
Niczym Gwiazda Betlejemska wyznacza kierunek, w którym owi muzycy powinni
podążać. Jak każda grupa fanatyków
wykazują nietolerancję. W tym przypadku skierowana ona jest wobec muzycznych przeciętniaków,
czyli innych(gorszych) gatunków muzycznych oraz muzyków takową muzykę grających.
Andrew
Mesjaszem Perkusji
„Nie mam nic do zaoferowania tylko: krew,
pot, trud i łzy*”. Pod tymi słowami Winstona Churchilla podpisałby się główny bohater
filmu Whiplash. Dla Andrew (Miles Teller) to jedyna droga, by stać się
Mesjaszem Perkusji. Pragnie oświecić ludzkość(lekceważącą rodzinę, widownię)
swoją grą, by poznała jedyną słuszną muzykę. Na ołtarzu Muzyki poświęca całe życie prywatne
– dziewczynę oraz znajomych(o ile takich miał). Niczym klasztorny mnich zamyka
się w czterech ścianach i do upadłego ćwiczy. Jest to praca benedyktyńska
wytrwała, żmudna, mrówcza.
*„Blood,
Sweat and Tears” to również nazwa słynnego jazz-rockowego zespołu z lat 60-70’.
Muzyka
Jazz. Nie słucham go na co dzień. Mój
ulubiony gatunek to ten, który został na plakacie w pokoju Andrew określony
muzyką autorstwa przeciętniaków. Jednak
gdy puszcza się Jazz w radiu, barze itp. to zawsze potrafi uprzyjemnić mi czas.
I podobnie jest w Whiplash. A w ekscytującym finale staje się wręcz kolejnym
bohaterem filmu.
Ogólnie
Aktorsko film zawłaszcza w całości postać
nauczyciela Fletchera(J.K. Simmons). Pozostałe postaci bledną w jego obecności,
nie tylko dlatego, że się studenci boją przy nim odezwać. Simmons odnajduje się
niejednoznacznej postaci, przeobrażając się na zmianę z miłego pana w
przeprowadzającego wojskową musztrę dowódcy. Szacunek oddać należy również Milesowi
Tellerowi, ale głównie za nabyte muzyczne umiejętności. Jednak spędzając
większość filmu siedząc za perkusją nie ma za dużego pola do popisu aktorskiego,
ograniczając się do grymasów twarzy. Film młodego reżysera nie jest bezbłędny.
Przerysowany i przesadzony jest chociażby fragment, który nazwałbym „zdążyć na
zawody”. Prosta jest również symbolika: zły Fletcher jest ubrany zawsze na
czarno – dobry Andrew na biało.
Whiplash to film o dążeniu do mistrzostwa w
tym co się kocha. Stawia pytania o
granice w metodach nauczyciela i co można poświęcić w szaleńczym pędzie dążenia
do perfekcji. Ogląda się go w napięciu jak thriller. A perkusja zamienia się w
bębny wojny.
Oscary
Na koniec jeszcze Oscarowa prognoza. Kapituła
Akademii w ostatnich latach nominuje jednego przedstawiciela filmów
niezależnych, aby pokazać, że o nich nie zapomniała. W tym roku jest to właśnie
Whiplash, które dostało 5 nominacji. Nagrodę przewiduje jedną – J.K. Simmons za
rolę Fletchera. Niestety filmy niezależne mają słabsze lobby od wielkich
wytwórni, więc niespodzianką byłaby większa ilość statuetek. A szkoda.
OCENA (1-5):
4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz